Kibic żąda władzy

Ostatnimi wynikami piłkarze Lechii udowodnili, że za szybko postawiono na nich krzyżyk. Znów wracają jednak stare problemy. Przyjrzyjmy się próbie walki o normalność zaproponowanej przez grupę fanów.

Runda jesienna na ligowych boiskach dobiegła już końca i widzom zostają jedynie mecze transmitowane w „szkiełku”. Nikt nie podważa, że są one gorsze, chodzi o to, że często nie oddają klimatu, jaki panuje na trybunach w każdej większej, lub mniejszej miejscowości. Każde boisko ma swój klimat i swoich wiernych kibiców. Paradoks polega na tym, że chyba najmniej wiernych mają piłkarze z Zielonej Góry. Nie licząc kilku zapaleńców ciężko wskazać kogoś, kto pojawia się na Sulechowskiej regularnie.

Problem ten był wielokrotnie wałkowany, więc mój wywód nic by tu nie zmienił. Chodzi mi jednak o akcje, którą planują kibice na jednej ze stron poświęconych zielonogórskiej Lechii. Choć ciężko o konkrety, wyraźnie widać, że komuś na losach klubu zależy. Frustracja jest już tak duża, że kilkakrotnie podczas dyskusji padło hasło „chcemy przejąć władzę w klubie”. Pozostaje zadać pytanie. Czy taka możliwość w ogóle istnieje? Przecież nikt dobrowolnie nie ustąpi ze stołka. Nikt nie odda władzy ludziom niekompetentnym. Może jednak się mylę, ale wątpię, żeby prezes Materna zrezygnował. Wtedy może zapomnieć o zwrocie kredytu, który zaciągnął na rzecz Lechii.

Zaczęta w zeszłym miesiącu akcja wydaje się jednak jakiś sens posiadać. Przy wielkim zaangażowaniu dyskutujących powstał plan utworzenia stowarzyszenia kibiców. Dodatkowo masa pomysłów na zmianę wizerunku klubu, na przyciągnięcie ludzi na stadion oraz na poprawę sytuacji finansowej. Trafna wydaje się być decyzja o powołaniu stowarzyszenia. Wtedy działania kibiców będą miały jakieś podstawy prawne. Działalność stanie się legalna. Tu jednak pojawia się problem. Czy działacze będą identyfikować się z osobami, które chcą pokazać ich nieudolność? Jeśli stwierdzą, że ktoś będzie chciał podciąć gałąź na której siedzą? Czy wtedy cała akcja upadnie i zacznie się wojna?

Cała akcja jest wspaniała ideą pokazującą, że są ludzi, którzy interesują się losem zielonogórskiej piłki. Ciężko jednak stwierdzić na dzień dzisiejszy, czy słowa przejdą w czyny. Czy znajdzie się grupa osób zdolnych pociągnąć ten wózek? Co stanie się, jeśli ten sam wózek w odwrotnym kierunku będą chcieli pchać działacze? Czy grupa walcząca o normalność nie będzie zbyt mała i problem zostanie niezauważony? Jako, że problem jest w miarę świeży, to dzisiaj ciężko jest odpowiedzieć na te pytania. Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie w dobrym kierunku. O rozwoju sytuacji poinformujemy w jednym z kolejnych numerów.

Ten teks mojego autorstwa pojawił się w grudniowym wydaniu studenckiej gazety “UZetka”, która wydawana jest w Zielonej Górze.

* Skomentuj ten wpis

Uciekła nam nie tylko Europa

Ostatnio mam chyba problemy ze wzrokiem. Bramek Polaków nie widziałem od miesięcy. W ostatnim meczu nie widziałem kibiców. Mało tego. Nie widziałem nawet piłki! Pytam więc, jak miałem zobaczyć kadrę aż w Afryce?

Finały w RPA przeszły nam koło nosa. Wszyscy zastanawiają się dlaczego, analizują, szukają winnych. Wydaje mi się jednak, że dobrze, iż wyszło tak, jak wyszło. W finałach powinni grać najlepsi, a niestety wolę zobaczyć w akcji kogoś, kto piłkę potrafi kopnąć prosto. Mieliśmy szansę na dwóch ostatnich Mundialach. Nie wykorzystaliśmy jej. Dziękuję, na wasze miejsce przyjedzie ktoś inny. Ktoś, kto nie będzie przed imprezą mistrzem świata, a tuż po niej wielkim przegranym.

Niestety taka jest nasza mentalność. Sami pompujemy balon, a potem dziwimy się, że pękł w nieodpowiednim momencie. Każdy mówił, że mamy słabą grupę, że tylko Czesi nam zagrażają. Rezultat? Szary koniec i wielkie zdziwienie. Jak to, przecież my mamy taką kadrę. Popatrzmy jednak na to wszystko z punktu widzenia kibica z zachodniej Europy. Nazwiska typu Polczak, czy Bieniuk nic mu nie mówią. Co innego Hamsik, czy Skrtel. Są w kadrach dobrych klubów, grają regularnie, a ich łączna wartość przewyższa całą naszą drużynę. Zakładam, że większość fanów biało-czerwonych nawet obecnie nie wie, jaki poziom futbolu prezentują wyżej wymienieni gracze i nie chodzi mi tu o naszych internacjonałów…

Wrócę jeszcze do ogólnopolskiego protestu kibiców przeciwko PZPN. Dlaczego dopiero teraz? Dlaczego otwieramy oczy, kiedy już jest po frytkach? Zaczynając od poziomu naszej ligi, przechodząc do systemu szkolenia, na polskiej myśli szkoleniowej kończąc- wszystko to kuleje. Chociaż z drugiej strony, może znajdzie się nowy Wałęsa i poprowadzi naszą piłkę do normalności. Szeroko rozumianej normalności, bo nikt świadomy tego co się dzieje, cudów nie oczekuje. Oby tylko nikomu w zamian nie obiecywał stu milionów, bo agent Tomek będzie miał ręce pełne roboty.

* Skomentuj ten wpis

Zobaczyć i…umrzeć

Dla mnie, jako kibica Interu, nie ma lepszego momentu na popełnienie debiutanckiego wpisu. To właśnie dzisiaj nadszedł ten długo wyczekiwany moment. Milan na kolanach. Długo czekałem na taki dzień. Długo czekałem na solidny rewanż za sezon 00/01, kiedy to Inter poległ w spotkaniu ligowym 0:6.

Tak, spotkanie ułożyło się pomyślnie dla Nerazzurrich, bo drugą żółtą kartkę Gattuso dostał chwilę przed tym, jak miał opuścić boisko, ale dominacja Interu była bezapelacyjna. Jednak nie o tym zamierzam tu pisać, bo relacje będzie można przeczytać na każdym większym portalu. Chciałbym przedstawić siebie jako kibica mistrza Włoch i opowiedzieć kilka historii z tym związanych.

Moja przygoda z Interem zaczęła się w roku 1997. Mediolańczycy przegrywają wtedy po rzutach karnych finał Pucharu UEFA z Schalke. Może sympatia do nich wzięła się z tego, że było mi smutno, kiedy widziałem w telewizji, że zawodnicy płaczą po przegranej? Może było właśnie tak.           

Kiedy zacząłem zagłębiać się we wszystkie sprawy związane z klubem dostałem nieoczekiwany prezent. Dostałem go nie tylko ja, ale również kibice na całym świecie. Ronaldo w Interze! Wszyscy byli zachwyceni, ja również, chociaż denerwowało mnie jedno. W moim mieście nagle przybyło kibiców Nerazzurrich. Teraz nie liczył się klub, liczył się Ronaldo i mimo, ze wielu kolegów deklarowało sympatię do Interu, mało kto potrafił wymienić jedenastu zawodników z obecnego składu. Oczywiście Ronaldomania udzieliła się także mnie, czego dowodem była dumnie noszona replika koszulki meczowej.

Przypomniała mi się pewna sytuacja. Liga Mistrzów. Inter podejmuje Real. Ja zdecydowanie pełnoprawny kibic Interu oczekuję na mecz. W składzie niestety brakuje Ronaldo. Wyniku nie potrafię sobie przypomnieć, ale pamiętam jedno. Straszny stres. Nogi ciężkie, pęcherz ciągle pełny i torba zjedzonych cukierków. Mecz oglądałem sam, a stres wynikał chyba z tego, że wielu kumpli z klasy było za Realem i chciałem im udowodnić, że Inter to nie jest wcale anonimowy klub. Tak, tak, anonimowy. Mało kto śledził wyniki takiego zespołu, kiedy pod ręką była Barcelona, Real, czy …Borussia Dortmund.

Wiele razy mogłem kibicować komu innemu, bo byłoby łatwiej. Łatwiejszy dostęp do składów, co rok Liga Mistrzów w telewizji, jednak czułem, że Inter to jest to. Głupio było mi chyba z tego powodu tylko raz, kiedy Inter oddał w sposób frajerski tytuł mistrzowski w ostatniej kolejce. To był 5 maja 2002. Wtedy po raz pierwszy płakałem, że Inter przegrał. Pierwszy i mam nadzieje ostatni. Chyba wtedy też zrodził się we mnie pomysł, że jeśli Mediolańczycy zdobędą scudetto, to zafarbuję sobie włosy na kolor czarno-niebieski. Musze się jednak przyznać, że kiedy w końcu to się stało, byłem już chyba… świadomy tego jak bym wtedy wyglądał.

Zapewne każdy z was miał kiedyś zeszyt, do którego wklejał wszystkie wycinki związane ze swoim ukochanym klubem. Właśnie przeglądam swoje dwa grube zeszyty formatu A4 i widzę, że mój zapał do tej roboty zgasł wiele lat temu, chyba po tym dwa tysiące drugim roku. Teraz zostało mi miłe wspomnienie i utwierdzenie w przekonaniu, ze internet to ogromne źródło wiedzy. Wtedy składy przepisywałem ręcznie, teraz wystarczy kilka sekund w Internecie…

Z moim kibicowaniem i oddaniem dla Interu jest jak z dobrym starym małżeństwem . Może pierwsze zauroczenie i ta magia z dreszczykiem emocji już dawno minęły, ale miłość pozostała. Co ważne jest to miłość bez zdrad. Jedyne o czym teraz marzę, to kiedyś zobaczyć San Siro Giuseppe Meazza. Zobaczyć i… umrzeć.                                

* Skomentuj ten wpis


Polecamy



Wyszukaj w blogu

RSS


wrzesień 2010
P W Ś C P S N
« grudnia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930